czwartek, 21 maja 2015

Zatrzymać pociąg

Po mocnym starcie w pierwszych miesiącach tego roku i kilku ciekawych wpisach - głównie, cieszącej się dużym zainteresowaniem, relacji z targów Pitti Uomo, na blogu nastąpiła nagła i nieoczekiwana cisza. Przez ostatnie dwa tygodnie zasypaliście mnie pytaniami o jej przyczyny, a także o to kiedy i czy w ogóle zamierzam wrócić do blogowania. W związku z tym, poczuwam się do wyjaśnienia Wam tej sytuacji. Siłą rzeczy będzie to wpis dość osobisty i nie związany bezpośrednio z główną tematyką bloga, dlatego też jeżeli interesuje Cię tylko moja umiejętność łączenia ze sobą ubrań, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w dalszej części nie znajdziesz niczego co będzie mogło stanowić obiekt Twojego zainteresowania, albo co gorsza, z każdym kolejnym przeczytanym zdaniem będziesz zastanawiał się co i w jakim celu tam napisałem. A napisałem dużo.

John Mayer - Stop This Train

Ci z Was, którzy śledzą moje poczynania również w portalach społecznościowych (Facebook, Instagram) mogą pamiętać, że w okolicach połowy marca pisałem o pewnym smutnym dla mnie wydarzeniu. Otóż, w wieku 88 lat, po przewlekłej chorobie zmarła jedna z najwspanialszych kobiet jakie było dane mi znać, tj. moja Babcia. O ile jestem już na tyle dorosłym człowiekiem, aby poradzić sobie ze śmiercią bliskiej osoby, o tyle było to dla mnie zjawisko nowe i do tej pory zupełnie nieznane. W jednej chwili wszystkie wyobrażenia na ten temat rozpadły się w pył. Wciąż nie potrafię nazwać emocji jakie mi wtedy towarzyszyły i co ważniejsze, chyba nie chcę tego robić. Z jednej strony, po ponad dwóch miesiącach, nadal łapię się na myśli, że już nigdy nie będzie mi dane doświadczyć tej fizycznej bliskości, z drugiej jednak cieszę się, że skończył się jej ból i wróciła do gwiazd.

Jej śmierć oraz wydarzenia będące jej następstwem, przypomniały mi, że nieważne jak bym się nie starał i ja pewnego dnia pójdę wytartym przez nią szlakiem. Wszystkich tych, którzy teraz spodziewają się potoku banałów albo co gorsza, świadectwa duchowej przemiany, muszę niestety rozczarować. Nic z tych rzeczy tutaj się nie wydarzy. Dlaczego więc o tym piszę?

Dzień przed Jej śmiercią miałem do wyboru, przesunięcie wyjazdu i odwiedziny lub powrót do Poznania. Wygrał pęd, a ja finalnie przegrałem przez nokaut. Nie było innej opcji, musiałem po tym odpocząć. Dwa tygodnie spędzone razem z moim dziadkiem pozwoliły mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć na swoje życie z dystansu, zrobić bilans strat i zysków i zastanowić się, w którą stronę chciałbym dalej podążać. Co najważniejsze jednak, znów zacząłem cieszyć się z rzeczy tak prozaicznych jak słoneczna pogoda, spacer ze słuchawkami na uszach czy możliwość przebywania z rodziną (a jednak kłamałem i są banały). Nie dlatego jednak, że wcześniej byłem zaślepiony przez pieniądze i chęć zysku, bo od tego byłem zawsze daleki, ale bardziej z racji faktu, że raz rozpędzony pociąg nie tak łatwo zatrzymać.

Dało mi to również powód do refleksji nad jedną z moich najbardziej energochłonnych aktywności w ciągu ostatnich kilku lat, to jest, blogowaniu. Dzięki temu, nie bez zaskoczenia, zdałem sobie sprawę, że obecna forma bloga już mi nie wystarcza, a co ciekawsze, nawet w pierwotnych założeniach, wystarczać nie miała. Prawda jest taka, że poszedłem po najmniejszej linii oporu. 

Pora zatem cofnąć się nieco w czasie i rozjaśnić okoliczności powstania "Outdersena". Zapraszam do wehikułu. Ponad trzy lata temu, przeglądając polski internet w poszukiwaniu modowych inspiracji sporadyczynie natrafiłem na formujące się oazy entuzjastów męskiej klasyki, za każdym razem odtrącała mnie jednak ich snobistycznie-analityczna formuła. Czarę goryczy przelała skupiona wokół nich grupa ortodoksyjnych pieniaczy-adoratorów rozprawiająca nad przeróżnymi teoretycznymi aspektami, o zerowych umiejętnościach ich wykorzystania w praktyce.  Choć głowy rozgrzane były do czerwoności, ulica wciąż była martwa.
Brakowało mi miejsca poświęconego modzie męskiej w nieco bardziej klasycznym ujęciu, skierowanego do ludzi młodych, często rozpoczynających swoją przygodę z tą estetyką, w którym nieznajomość etykiety męskiego ubioru nie musiała być wcale deprymująca. Bardzo zależało mi również również na tym aby obalić mit, jakoby kreowanie świadomego stylu musiało być od początku procesem bardzo kosztownym, a zatem obniżyć próg wejścia potencjalnym zainteresowanym.  Stąd też dość rebeliancka i napisana nieco pod włos treść zakładki O MNIE (z czasem moje podejście uległo pewnej zmianie, ale jakiś pierwiastek kontestatora pozostał):
"Nie mam pojęcia o modzie, nad stylem cały czas pracuję.  Nie rozróżniam dobrego designu od tego, który dobrym nie jest, a w muzyce najbardziej lubię szum i dudnienie. Nie chcę nikogo do niczego zmuszać, nie oczekuję także wskazówek od innych. Moją myślą przewodnią jest "dobrze ≠ drogo ...a przynajmniej nie musi tak być" i w myśl tej zasady żyję."

Plany były wspaniałe, ale nie wytrzymały konfrontacji z rzeczywistością, a ja stałem się finalnie męską szafiarką. Co prawda nie jest tak, że nie udało mi się przez ostatnie dwa i pół roku spełnić początkowych postulatów, ale skoncentrowałem się na tym co przychodziło mi najłatwiej i kosztowało mnie najmniej czasu (co nie znaczy wcale, że mało) odstawiając resztę na później i w konsekwencji tego wciąż czułem niedosyt.  Z czasem rozwarstwienie pomiędzy oczekiwaniami i planami, a rzeczywistością urosło do takich rozmiarów, że prowadzenie bloga zacząłem traktować jako konieczność.  Teksty z jednej strony stały się bogatsze w przydatne informacje, ale ich forma dużo po drodze straciła, a z często wspominanej przez Was, w początkowej fazie, lekkości pióra pozostało pierze i to nie najlepszej jakości. Sesje zdjęciowe zaczęły stanowić dla mnie drogę przez mękę, a poziom moich umiejętności społecznych zaczął drastycznie zbliżać się do dolnej wartości. Rzadkie publikacje usprawiedliwialem brakiem czasu, a brak czasu próbami robienia wszystkiego i wszędzie. Pomysły zapisywałem na kartakch, a kartki wkładalem do szuflady, żeby po jakimiś czasie zobaczyć ich realizację gdzieś indziej. Słowem, utknąłem w błędnym kole, a cały polot i zapał w jednej chwili uleciał. Szczerze pisząc, gdyby nie ta przerwa doświadczyłbym kolejnego w swoim życiu wypalenia. Po zawodowym i emocjonalnym nie zostałoby we mnie zbyt wiele.

Jeżeli dotrwaliście aż do tego miejsca, to znaczy, że naprawdę interesuje Was odpowiedź na pytanie "co dalej?". Kiedyś uknułem sobie takie powiedzenie "od teraz jestem realistą, w plany zamieniam wszystkie swoje marzenia", na nic się to jednak zdało bez ich realizacji, a że słomiany zapał to jedna z niechlubnych cech mojego charkateru, nie zamierzam składać kolejnych obietnic bez pokrycia, bo tych padło już wystarczająco dużo. Wiem jednak, że moda męska, czy też bardziej męski styl, to temat bliski mojemu sercu i nie jestem jeszcze gotów aby zaniechać swoich działań w tym obszarze. Zdaję sobie również sprawę, że istnieje grupa ludzi, która obdarzyła mnie kredytem zaufania i nie chciałbym jej zawieść poddając się w tym momencie. Nie ten poziom dramaturgii i nie to miejsce. Zatem wracam.

Dziękuję, że jesteście i dajecie mi energię do dalszego działania.

Łukasz

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Outdersen - Męska moda i styl. All rights reserved. © .