Obsługiwane przez usługę Blogger.

W ciągłym ruchu // ORIENT - Moving Moments


Jakiś czas temu zostałem zaproszony przez markę ORIENT do wzięcia udziału w europejskiej odsłonie ich najnowszej kampanii "MOVING MOMENTS". Co prawda nigdy nie pozowałem na znawcę tematyki zegarkowej czy też posiadacza opasłej ich kolekcji, ale wobec klasycznego wzornictwa łechcącego moje poczucie estetyki ciężko jest mi przejść obojętnie. Na korzyść przemawiał również fakt, że zegarek marki ORIENT chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu.

Wpis zawiera reklamę zegarków marki ORIENT

MARKA ORIENT


ORIENT to japońska marka o ugruntowanej pozycji na świecie. Od 1950 nieprzerwanie produkuje jakościowe zegarki, zarówno męskie jak i damskie, z samodzielnie konstruowanymi mechanizmami. Zresztą, jakość i jej bardzo atrakcyjny stosunek do ceny ma tu decydujące znaczenie. Najtańsze model z mechanizmem automatycznym to koszt niespełna 500 zł. Także kultowa seria Bambino, choć droższa, wciąż nie przyprawia o zawrót głowy (700 - 1000 zł). W połączeniu z atrakcyjnym, hołdującym klasyce wzornictwem, stanowi bardzo ciekawą ofertę na zegarkowym rynku ponad 70 krajów. Jest to też interesująca alternatywa, dla innych, droższych marek. Bardzo podoba mi się takie podejście i konsekwentnie realizowana strategia rozwoju. Obecnie marka skupia się na wzmacnianiu swojej pozycji na rynku europejskim, w tym również w Polsce.


ORIENT CLASSIC BAMBINO SMALL SECONDS

To jeden z najmłodszych członków rodziny Bambino. Zegarek wyposażony jest w mechanizm z automatycznym naciągiem zapewniającym czasomierzowi do 40 godzin ciągłej pracy. Model Small Seconds charakteryzuje się sekundnikiem przeniesionym na mniejszą tarczę, arabskimi cyframi w pozycjach 3, 6, 9, 12, datownikiem na godzinie 3 oraz bardzo ładnymi, przypominającymi grot strzały markerami pozostałych godzin. Wszystkie te zabiegi stylistyczne sprawiają, że zegarek ten wygląda bardzo podobnie do starego zegarka mojego dziadka, jest jednak od niego trochę większy. Jego wielkość, to w sumie jedyny minus jaki dostrzegam. 40,5 mm średnicy koperty bez koronki (9-3), to dla mnie, średniej budowy faceta o wzroście poniżej 1,8 m, wciąż trochę za dużo. Zdaję sobie przy tym sprawę, że w dzisiejszych czasach jest to zegarek, który można uznać jako mały, a moja opinia w tym temacie zapewne będzie uchodzić za niszową. Tak czy inaczej, jeśli marka zdecyduje się kiedyś na wypuszczenie tego modelu w wersji "mikro", będę jednym z jego pierwszych nabywców.

Na bardziej szczegółową recenzję samego zegarka jest jeszcze za wcześnie, ale zarówno jakość wykonania jak i użyte materiały sprawiają, że czasomierz prezentuje się solidnie. 



KAMPANIA "MOVING MOMENTS"
 
Motyw przewodni kampanii można interpretować dwojako. Z jednej strony to poruszające i istotne momenty, z drugiej zaś ulotność, ruch oraz nieuchronność ciągłych zmian. Nawet jeśli ta druga opcja może wydać się niektórym z lekka naciągana, do mnie przemawia niezwykle intensywnie.
W moim przypadku "moving moments", to chwile które ocierają się o mnie mimochodem i zaczynają rezonować wraz z upływem czasu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, podobny wpływ może mieć na mnie jakieś pozornie przełomowe zdarzenie, co zapach powietrza, słoneczny poranek czy przypadkowa rozmowa na jakieś błahe tematy. Kto wie, być może te małe rzeczy oddziałują na mnie nawet bardziej. No cóż, lubię banały.


płaszcz - H&M // golf - Uniqlo  // marynarka - Massimo Dutti // spodnie, kaszkiet i torba - Renevue // szalik - Gutteridge // zegarek - ORIENT // poszetka - Poszetka.com // buty - A&A
 

Pomimo tego, że jestem raczej człowiekiem otwartym  i obdarzonym bujną ekspresją, na blogu ani w moich pozostałych kanałach SM nie ukazuję zbyt wiele swojej sfery emocjonalnej. Nie mam też w zwyczaju dzielić się swoimi emocjami, a przynajmniej nie tymi niezwiązanymi ze szmatkami. Możliwe, że jest to spowodowane formatem komunikacji, blog nie przyjmuje tak dobrze wystrzeliwanych przeze mnie z prędkością karabinu maszynowego słów, tworząc z nich eposy nie do przebrnięcia, które finalnie pozostaje mi brutalnie edytować lub po prostu usuwać.

Zapewne naturalniej wyglądałoby to na Youtubie, ale moje pobłażliwe podejście do tematu zarządzania czasem skutecznie utrudnia mi realizację tego punktu z listy rzeczy do zrobienia. W moim przypadku zegarek jest więc bardziej talizmanem ukazującym czas, którego już nie mam lub którego za chwilę będzie mi brakować, niż ten, który jeszcze pozostał. Tego morza możliwości i tak wolę nie dzielić na wymierne kawałki.



Podobną funkcję wydaje się pełnić ten blog, stanowiąc skrzętną dokumentację wszystkiego tego co już za mną. Co ciekawe, nie tylko w sferze szmatek, bo moje codzienne życie było dla tego miejsca tłem, nawet jeśli nie zawsze działo się to w pełni świadomie lub też intencjonalnie. Miejsca, w których byłem, ludzie których poznałem, chodzące po mojej głowie w danym momencie myśli lub też nawet stany ducha, to wszystko zaklęte jest w tych zdjęciach i dużą część z nich jestem w stanie przywołać bez większego wysiłku.

Co być może jeszcze ciekawsze, za powstanie samego bloga  pośrednio odpowiadają zegarki właśnie. W okolicach roku 2011 rozpocząłem pracę dla firmy zajmującej się dystrybucją czasomierzy pewnej szwedzkiej marki. To właśnie poprzez zetknięcie się ze światem szeroko pojętej mody zrozumiałem, że miejsca na ekspresję własnego, kiełkującego wówczas stylu jest jeszcze bardzo dużo, zwłaszcza w obrębie męskiej klasyki. Od samego początku znacznie bardziej zależało mi na inspiracji i zachęcaniu do własnych odzieżowych eksperymentów niż na bezpośredniej edukacji i łopatologicznym nauczaniu. Z racji swojej przekornej natury, tam gdzie tylko było to możliwe stawałem w opozycji do zastanego ładu, zawsze byłem też skory do szukania własnych dróg.



Miałem w tym wszystkim też niewątpliwie dużo szczęścia. Moje pierwsze zestawy, wrzucane jeszcze przed założeniem bloga na specjalną platformę powołaną w tym celu przez Dorotę Wróblewską cieszyły się dużym zainteresowanie, co też miało niemały wpływ na decyzję o założeniu pod koniec 2012 roku tego miejsca. Po kilku miesiącach od jego startu wygrałem organizowany przez pewien znany portal aukcyjny konkurs, którego jurorem był m. in. Michał Kędziora aka Mr Vintage. Dodało mi to jeszcze więcej pewności i wiary w słuszność podjętej decyzji. Wbrew pozorom, z tą pewnością różnie bywało i pomimo tego, że nie miałem nigdy większych problemów w nawiązywaniu kontaków z ludźmi, wobec siebie samego byłem zawsze bardzo krytyczny i wymagający. Ot kolejna ze sprzeczności składających się na obraz mojej osoby.

Od tamtego czasu przeszedłem długą i krętą drogę, a moja estetyka bardzo mocno ewoluowała. Obecnie jest to zachowana w swobodnej konwencji mieszanka prostych i zachowawczych form z wintydżowymi inspiracjami. W dużej mierze wynika to z faktu, że w takiej estetyce jest mi najwygodniej, zwłaszcza że przez styl życia, który prowadzę, wciąż jestem w ruchu.
Pozwala mi ona zachować również jak największą wszechstronność potencjalnych zestawień przy jak najmniejszej ilości różnych składowych. Nie muszę chyba nikogo specjalnie przekonywać do tego, że podczas częstych wyjazdów skompresowana i wszechstronna garderoba to zjawisko nie do przecenienia.


Przez 6 lat tej ciągłej podróży nauczyłem się całej masy rzeczy o sobie samy, część swoich przypadłości udało mi się zrozumieć, a z częścią nawet pogodzić. Nieustępliwość, sumienność i wytrwałość, to pojęcia ze zrozumieniem których wciąż mam pewien problem, ale po 5 latach prowadzenia tego miejsca, zdecydowałem się w końcu założyć własną działalność, a blog oprócz miejsca pozwalającego realizować moją pasję stał się również jednym ze źródeł utrzymania. Oczywiście jak to zwykle w życiu bywa, stało się to przyczynkiem do masy dylematów z kategorii "mieć czy być", mam nadzieję jednak, że do tej pory zazwyczaj udawało mi się wychodzić z nich obronną ręką. Autentyczność i przejrzystość w podejmowanych działaniach zawsze były dla mnie wartością nadrzędną, nigdy nie chciałem też tracić ich dla jakichś chwilowych korzyści. Nie oszukujmy się, takie podejście dostarcza tyle samo zwolenników, co przeciwników, nie jest też drogą najwygodniejszą i najłatwiejszą.

Inna sprawa to fakt, że dzięki takiemu obrotowi sprawy, mogę teraz swobodnie pisać o historii tego miejsca i jednocześnie realizować międzynarodową kampanię promocyjną. I chyba na tym poprzestanę, zostawiając sobie na zakończenie tylko jedno dodatkowe zdanie:

Dziękuję, bez względu na wszystko.