Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szarością również można wybić się z tłumu


Karmieni notorycznie hasłami nawołującymi do zabawy modą, kolorem, garderobą i wszystkimi tym co jest z nimi powiązane, często zapominamy, że jakiej by nie dorabiać do tego ideologi, ubiór zawsze pozostanie tylko ubiorem, a cała potencjalnie tkwiąca w nim siła, nie ma żadnej wartości jeśli noszący nie jest w stanie jej z niego wykrzesać. Bez spójności i przekonania pozostaje tylko śmieszność, a król znów będzie nagi. Tym razem jednak jest to nagość na nieco innych zasadach.

O tym, że szarość jest nudna, że nie należy bać się koloru oraz że jako naród ubieramy się bez polotu wiemy już chyba wszyscy. Przez ostatnie lata mogliśmy o tym przeczytać i usłyszeć niemal wszędzie. Od nieszanowanych przez nikogo, ale oglądanych przez wszystkich programów w telewizji śniadaniowej, przez różnej maści poradniki, aż po niezależnych, walczących, o nową, piękną polską ulicę, blogerów modowych i około stylowych. Sam zresztą nie jestem bez winy, mam w tym szumie informacyjnym swój udział, dyktowany młodzieńczym zapałem i jakąś bliżej niezidentyfikowaną emanacją buntu wobec zastanego porządku, ale i tak pozwolę sobie ponownie sięgnąć po kamień.

SZAROŚĆ NIE MUSI BYĆ NUDNA
To zdecydowanie hasło, które towarzyszy mi od co najmniej roku i które z uporem maniaka manifestuję  zarówno w życiu codziennym, jak i na łamach tego bloga. Paradoksalnie, dopiero gdy odrzuciłem zabawę mocnymi kontrastami i kolorem, zacząłem poznawać na czym polega znacznie subtelniejsza, ale dalece bardziej spektakularna zabawa detalem. Prywatnie często używam na to, w moim odczuciu trafnego i plastycznego określenia "barokowy minimalizm". Taki jest właśnie dzisiejszy zestaw.


ZESTAW
Z daleka całość może wydawać się mdła i nijaka. Dopiero bliższe przyjrzenie się składowym pozwala dostrzec mnogość ozdobników, które stanowią o finalnym charakterze zestawu. Nawet wtedy jednak zachowana zostaje codzienna użyteczność ubioru.
Lnianą marynarkę mieliście okazję poznać już w kilku postach na moim blogu, ostatnio w tym poświęconym samodzielnym poprawkom tejże. Do tej pory prezentowałem ją w zestawieniu z błękitem, granatem i bielą. Na samym początku mojej blogowej przygody pojawiła się również  w asyście zieleni. Tym razem postawiłem na szarość. Głównie za sprawą marki Benevento, która uszyła mi jakiś czas temu spodnie stanowiące obecnie mój nr 1. Bez wazeliny, kitu i prowizji od sprzedaży, są świetne. Może nie perfekcyjne, ale w tym momencie w swojej garderobie lepszych nie posiadam. Co prawda nie obyło się bez małej wpadki, ale wynikającej głównie z mojego roztargnienia oraz przestrzelenia wymiarów. Otóż uwierzyłem, że jestem szczuplejszy niż miało to faktycznie miejsce i spodnie przybyły do mnie dopasowane niczym "bespokowe" rękawiczki. Na to jednak udało się gliwickiej ekipie znaleźć rozwiązanie i po tygodniu, spodnie powróciły gotowe na przyjęcie dodatkowych kilogramów. 
Odnośnie dopasowania, w tym momencie, to moje najluźniejsze, ale również najlepiej dopasowane spodnie. Zamiast dotychczasowych, wywołujących u niektórych czytelników ciarki na samą myśl, 16 cm u ujścia nogawki, zdecydowałem się na dodatkowy centymetr (czyli 2 cm w obwodzie) i muszę przyznać, że jestem z tego zabiegu zadowolony. Nie mniej zresztą cieszę się z zastosowania w pełni funkcjonalnych, materiałowych pasków do regulacji obwodu w pasie. Jako że nie jestem wielkim fanem noszenia pasków, a na wszywanie do każdej pary spodni guzików do szelek brakuje mi cierpliwości, to rozwiązanie uważam za najbardziej praktyczne. Dodatkowo polecam je wszystkim tym, którzy podobnie jak ja, z łatwością zmieniają obwód swojego pasa w zależności od sezonu i ilości aktywności fizycznej.


Tak na marginesie, gdyby kogoś bardziej interesowały suche fakty niż moje emocjonalne opisy, to spodnie wykonane są z cienkiej i przewiewnej wełny 120s od Vitale Barberis Canonico w odcieniu jasnej szarości, a bardzo podobne, z tej samej tkaniny, możecie zamówić TUTAJ.

Oprócz spodni i marynarki, w prezentowanym zestawie mam na sobie również białą, lnianą koszulę z kołnierzykiem button down, która swoją drogą gniecie się niemiłosiernie nawet jak na len i po całym dniu targów Pitti Uomo, wyglądała na, delikatnie rzecz ujmując, "zmęczoną". Dla porównania, TUTAJ możecie zobaczyć jak wyglądała, również po całym dniu noszenia, lniana koszula ze znacznie wyższej półki. Ta to Mango Man, tamta - Miler Menswear. 



Kapelusz, to podobnie jak w powyżej przytoczonym wpisie, rozwiązanie mające na celu zakrycie i uporządkowanie mojego obfitego owłosienia głowy. Podobnie jak w tamtym zestawie, także i tutaj uważam go za ciekawy dodatek, niestety wciąż zbyt egzotyczny na większość polskich ulic. Zresztą, przy obecnej pogodzie, raczej słabo sprawdziłby się jako ochrona przed deszczem i zimnem. 


Na zakończenie, na potwierdzenie mojej tezy z tytułu wpisu, dwa zdjęcia zrobione Patrycji z bloga Patiness.com oraz mi przez fotografów podczas ostatniej edycji targów Pitti Uomo. Jedno, wykonane przez TheStyleStalkera dla australijskiego TheTrendSpoter.net oraz drugie, opublikowane w brytyjskiej edycji magazynu Vogue. Czyli jednak zwyczajność może się podobać.


Brak komentarzy