Obsługiwane przez usługę Blogger.

Drugie życie pewnej marynarki


Nie od dziś jestem fanem nie tylko samego recyklingu, ale również upcyklingu, czyli formy "przetwarzania wtórnego odpadów, w wyniku którego powstają produkty o wartości wyższej, traktowane jako wartościowe (...)". W szmatkach ten proces może mieć także sens i miejsce i wcale nie musi ograniczać się do mielenia znoszonych i niechcianych ubrań.

Ponad rok temu w moje ręce wpadła przyduża, wełniana marynarka w beżowo-brązową kratę gun club check. Wydała mi się jednak na tyle interesująca i ładna, że postanowiłem poświęcić jej nieco więcej uwagi. Bez większej nadziei na sukces (stąd też brak zdjęć stanu sprzed przeróbek), kierowany głównie ciekawością, poddałem ją w tym czasie kilku istotnym modyfikacjom, tak aby dopasować ją zarówno do mojej sylwetki jak i upodobań oraz obecnie panujących standardów w marynarkowej materii. Dziś przyszła pora na małe podsumowanie tej zabawy.


   
Marynarka marki Licona pochodzi prawdopodobnie z przełomu lat 70. i 80., wykonana została zaś z wełnianej tkaniny o średniej gramaturze, na pełnej, wiskozowej podszewce. Jej oryginalny rozmiar to coś w okolicach współczesnej "50". Posiadała umiarkowane wkłady piersiowe oraz wypełnienie ramion. Nie posiadała natomiast ani jednego szlica. Dla równowagi natomiast miała bardzo ładną kozerkę i ukryty potencjał.


Poprawki dokonywane były stopniowo, na przestrzeni roku, rękami krawcowej jak i moim własnymi. Na samym początku, pozbyłem się zbędnego wypełnienia i wkładów oraz podszewki z pleców. Następnie rozprułem plecy, aby oszacować czy z nadmiaru tkaniny uda się wygospodarować choć jeden szlic (rozcięcie). Zebrałem także nadmiar tkaniny w barkach, powstały po usunięciu wypełnień. Tu i tam jeszcze ją pospinałem szpilkami i z tak rozbebeszoną marynarką wybrałem się do krawcowej. Jej zadaniem było ponowne zszycie barków oraz pleców z uwzględnieniem szlica. Następnie marynarka została lepiej dopasowana do mnie w korpusie i w rękawach. Przeróbki nie ominęły także samych klap, których mocny łuk został znacząco wygładzony. W tym celu musiałem pozbyć się butonierki (na szczęście nie była przecięta) i jakoś do teraz nie mogę zabrać się za jej rekonstrukcję. Ostatnim etapem prac było wszycie rękawów, oraz obszycie lamówkami wszystkich, odsłoniętych po usunięciu podszewki, wewnętrznych szwów. 


Tak przerobiona marynarka prezentowała się już całkiem dobrze, ale do akceptowalnego dla mnie stanu brakowało jej jeszcze kilku stylistycznych poprawek. W związku z tym,  samodzielnie zmniejszyłem lekko obwód rękawów oraz ponownie je wszyłem, poprawiłem linie taliowania, a także zmieniłem kształt rozwarcia marynarki dołem. Z tej ostatniej poprawki jestem zresztą najbardziej zadowolony, dzięki niej marynarce poprawił się balans przód-tył, a także stała się optycznie lżejsza. Kule rękawów oraz sposób ich wszycia, to natomiast coś, co wciąż budzi moje zastrzeżenia, ale jednocześnie nie wygląda na tyle źle, bym jej nie użytkował w ogóle. 


Finalny kształt, który udało się nam uzyskać, to coś co przy ogromnej dozie optymizmu i po wypiciu znaczącej ilości jakiegoś mocniejszego trunku, można by porównać stylistycznie np. do koreanśkiego Vanni. Bardzo mnie zresztą cieszy taki obrót spraw i fakt, że pomimo początkowego sceptyzmu, projekt ten udało się doprowadzić do takiego kształtu. Zdaję sobie przy tym sprawę, że marynarce daleko do ideału, ale mając na uwadze stan wyjściowy, uważam, że udało się nam zrobić w tej materii naprawdę dużo. 

Ciekaw jestem, czy i Wy podejmowaliście się takich karkołomnych przeróbek, a jeśli tak, jaki był ich efekt?

Zdjęcia zestawu z udziałem tj marynarki znajdziecie w poprzednim poście, czyli TUTAJ.














Pitti, trendy i inne takie


Drugi tydzień stycznia, to dla fanów "menswearu" wyjątkowy okres. Co roku, w tym czasie, we włoskiej Florencji ma miejsce bowiem zimowa edycja targów Pitti Uomo. 

Co prawda mój entuzjazm w tym temacie nieco już opadł, a na zimowej edycji ostatni raz byłem dwa lata temu, ale jak by nie było, jest to bardzo przyjemne dla zmysłów wszelakich wydarzenie, które warto śledzić, zwłaszcza jeśli interesują nas trendy i zmiany zachodzące w modzie męskiej. 

Dzisiejszy zestaw jest zaś tych trendów manifestacją. Mamy tu więc do czynienia z dużą częścią tego co udało mi się w ostatnich latach zaobserwować. Są militarne akcenty, odejście od sztywnych uniformów na rzecz bardziej nieformalnych zestawień, małe kontrasty i kolory ziemi, marynarka w kratę gun club, sztruksowe spodnie oraz zyskujące coraz większe zainteresowanie, split apron toe darby. Spodnie w odcieniu złamanej bieli to dodatkowy bonus. 

Więcej o samej marynarce przeczytacie TUTAJ.



Zestawienia tego typu znajdziecie u całej masy męskomodowych "wpływowaczy", ale mi chyba najbardziej kojarzą się z Alessandro Squarzi oraz duetem tworzącym hiszpańską markę MAN 1924 - Carlos Castillo i Jorge Navares. Jeśli jeszcze ich nie znacie, a wspomniana estetyka do Was przemawia, polecam nadrobić zaległości. Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył, do mnie przemawia niezwykle mocno.



kurtka - H&M // marynarka, czapka i pasek - Renevue // golf - Uniqlo  // spodnie i rękawiczki - Zara // apron toe derby - A&A


Countryman

 
Nie jestem może najwytrawniejszym podróżnikiem, ale bez wątpienia można nazwać mnie "człowiekiem drogi". Wspominałem o tym zresztą niejednokrotnie na łamach bloga. Tym bardziej cieszy więc fakt, że ostatnie tygodnie mogłem spędzić na pokładzie nowego Countrymana Cooper S, czyli największego i najmocniejszego z rodziny Mini. A że już chociażby samą nazwą pretenduje do miana samochodu idealnego na wypady za miasto, postanowiłem sprawdzić go w akcji i zabrać w tereny z miastem nie mające nic wspólnego. 

Widoczny na zdjęciach MINI Countryman Cooper S otrzymałem do przetestowania od Mini Polska

Miejscem docelowym był las na północnym zachodzie Polski, a dokładniej dom moich znajomych wybudowany z transportowych kontenerów morskich i usytuowany w tymże. To zresztą bardzo ciekawa konstrukcja, na zewnątrz czarny, blaszany monolit nieznacznie górujący nad polaną, wewnątrz niezwykle przytulna drewniana przestrzeń przywodząca na myśl górską chatkę. Dom ma zaledwie 5 miesięcy, ale jego domownicy już teraz mogą śmiało stwierdzić, że to miejsce, do którego lubię wracać. Nie dziwi więc specjalnie fakt, że wybrałem go na destynację swojej przejażdżki. 


WRAŻENIA Z JAZDY

Po pewnym czasie użytkowania zrozumiałem, że podobne odczucia towarzyszą mi w odniesieniu do Countrymana. Tj. nie jestem w stanie jednoznacznie ocenić jego wielkości, jego bryła sprawia wrażenie całkiem pokaźnego samochodu, natomiast wnętrze pozostaje wciąż przytulne, ale w żadnym wypadku nie ciasne. I zupełnie nie chodzi mi tu o niemożność wyczucia samochodu podczas manewrowania, bo z tym akurat nie ma najmniejszego problemu. Z drugiej strony, być może to właśnie ta niespodziewana zwrotność i zwinność stanowi rozwiązanie tego dylematu. Tak czy inaczej nie jest to już zdecydowanie ten trzydrzwiowy miejski gokart, którym miewałem okazję jeździć niejednokrotnie. Co zresztą nie ujmuje ani jednemu, ani drugiemu, a pokazuje jedynie, że rodzina Mini skutecznie się rozwija. Zresztą, wciąż miałbym dylemat, który z nich wybrać, no chyba, że podstawowym kryterium byłaby ilość przestrzeni bagażowej. W takiej sytuacji tylko Countryman w opcji z przesuwaną i regulowaną kanapą - bardzo przydatna rzecz dla ludzi, którzy lubią wozić ze sobą dużo zbędnych rzeczy lub po prostu posiadają rodzinę 2+.  


Jako zwolennik klasycznego wzornictwa oraz odwlekania w czasie nieuchronnej technologicznej rewolucji, za duży plus uważam stylistyczny zabieg polegający na poukrywaniu całej elektroniki tam gdzie tylko było to możliwe i zachowanie fizycznych zegarów wraz z zastosowanie ekranu "head up". Te w pełni elektroniczne wyświetlacze parametrów przed nosem, to coś z czym nie jestem w stanie się pogodzić.

Także większość mariaży wygody ze sportowym zacięciem sprawia pozytywne wrażenie. Fotele przywodzą na myśl te z rajdówek, ale są przy tym bardzo wygodne i posiadają całkiem bogaty zakres regulacji, kierownica obłożona skórą i przeszyta czerwoną nicią jest jednocześnie funkcjonalna, a malowanie, zadziorne detale karoserii i wydech co najmniej nie drażnią. O brzmieniu usportowionego Countrymana nie chcę nawet wspominać, bo jest to coś czego warto doświadczyć osobiście, ale zapewniam, że bawi za każdym razem gdy wciśniemy pedał gazu i że chce się wracać po więcej. 



Dość sztywne zawieszenie w połączeniu z oponami o stosunkowo niskim profilu to natomiast coś, co w kontekście gościńców i leśnych duktów, czy też nawet dawno nieremontowanych dróg, dziur i kolein nie koniecznie stanowi jego mocną stronę. Tj. tragedii nie ma, ale przywykłem do miększych wozideł i ponowne przestawienie się na odbiór większej ilości bodźców z drogi potrzebowałbym pewnie jeszcze chwilę. Oczywiście ma to też swoje plusy, podczas gwałtownych manewrów nadwozie praktycznie nie drga, zachęcając skutecznie do dynamicznego pokonywania kolejnych zakrętów. Rzecz jasna, w granicach rozsądku.


ZESTAW
Sam zestaw także utrzymany jest w klimacie "country", chociaż skłamałbym gdybym napisał, że nie jest to coś co uskuteczniam także w miejskich okolicznościach. Na dobrą sprawę to wypadkowa drwala oraz retro-futurystycznych uniformów z niektórych niedzisiejszych filmów SF. Choć i silne inspiracje HER także można w tym zestawie dostrzec. W moim odczuciu to jedno z tych zestawień, które pozwala na noszenie klasycznych elementów ubioru w zupełnie nieformalny sposób i przy jednoczesnym zachowaniu maksimum komfortu. A mając na uwadze jeszcze znajdujący się w tle samochód, aż chciałoby się napisać coś z użyciem wyrażenia "sportowa elegancja". Nie żebym miał jakieś obiekcje do innych form manifestacji zamiłowania do męskomodowej klasyki, bo to akurat wskazywałoby na moją hipokryzję, pokazuję jedynie że można realizować je i w taki, z lekka odmienny sposób. W końcu świat ani nie zaczyna, ani też nie kończy się na marynarce. Ot co.



O ile poprawnie rozszyfrowałem informacje zaklęte w metkach, czapka została wykonana z oryginalnego Harris Tweedu przez Bullani Bamberg na zamówienie pewnego sklepu z kapeluszami mieszczącego się w szwajcarskiej Lucernie, tj. Maison Du Chapeau. Można więc uznać, że jest to biały kruk pośród czapek, a już na pewno pośród tych z daszkiem. Zapewne gdyby nie zaprzyjaźniona sprzedawczyni jednego z lumpeksów, nakrycie to nie wpadłoby w moje ręce. Na całe szczęście zostałem zapamiętany jako ten, który lubi nosić na głowie takie nietypowe rzeczy. To kolejny dowód na to że warto się wyróżniać. I może jeszcze na to, że budowanie relacji z ludźmi zawsze i wszędzie jest nieocenione, ale to akurat tylko moje domysły.



Golf i kurtka to elementy, które mieliście okazję widzieć na mnie w ostatnich latach niejednokrotnie i na całe szczęście, pomimo upływu czas, wciąż mi służą. Podobnie zresztą jak zamszowe chukka. Pomijając sporadyczne czyszczenie dedykowaną do zamszu szczotką, nic z nimi nie robiłem i powoli przydałaby się im jakaś mała renowacja, ale nawet bez tego uważam, że trzymają się całkiem dobrze, zwłaszcza biorąc pod uwagę moje pozbawione taryfy ulgowej ich użytkowanie.



Jedyną nowość w tym zestawie stanowią rękawiczki, które nabyłem w miejscu, po którym od dłuższego czasu nie spodziewam się zbyt wiele, jednakże ich wyprzedażowa cena kilkudziesięciu złotych, nietypowy kolor oraz dopasowanie do dłoni skutecznie zachęciły mnie do zakupu. Po tygodniu jeszcze się nie rozpadły, to dobry znak. 



kurtka i rękawiczki - Zara // golf - Uniqlo  // spodnie i czapka - second hand // chukka boots - Bexley

W ciągłym ruchu // ORIENT - Moving Moments


Jakiś czas temu zostałem zaproszony przez markę ORIENT do wzięcia udziału w europejskiej odsłonie ich najnowszej kampanii "MOVING MOMENTS". Co prawda nigdy nie pozowałem na znawcę tematyki zegarkowej czy też posiadacza opasłej ich kolekcji, ale wobec klasycznego wzornictwa łechcącego moje poczucie estetyki ciężko jest mi przejść obojętnie. Na korzyść przemawiał również fakt, że zegarek marki ORIENT chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu.

Wpis zawiera reklamę zegarków marki ORIENT

MARKA ORIENT


ORIENT to japońska marka o ugruntowanej pozycji na świecie. Od 1950 nieprzerwanie produkuje jakościowe zegarki, zarówno męskie jak i damskie, z samodzielnie konstruowanymi mechanizmami. Zresztą, jakość i jej bardzo atrakcyjny stosunek do ceny ma tu decydujące znaczenie. Najtańsze model z mechanizmem automatycznym to koszt niespełna 500 zł. Także kultowa seria Bambino, choć droższa, wciąż nie przyprawia o zawrót głowy (700 - 1000 zł). W połączeniu z atrakcyjnym, hołdującym klasyce wzornictwem, stanowi bardzo ciekawą ofertę na zegarkowym rynku ponad 70 krajów. Jest to też interesująca alternatywa, dla innych, droższych marek. Bardzo podoba mi się takie podejście i konsekwentnie realizowana strategia rozwoju. Obecnie marka skupia się na wzmacnianiu swojej pozycji na rynku europejskim, w tym również w Polsce.


ORIENT CLASSIC BAMBINO SMALL SECONDS

To jeden z najmłodszych członków rodziny Bambino. Zegarek wyposażony jest w mechanizm z automatycznym naciągiem zapewniającym czasomierzowi do 40 godzin ciągłej pracy. Model Small Seconds charakteryzuje się sekundnikiem przeniesionym na mniejszą tarczę, arabskimi cyframi w pozycjach 3, 6, 9, 12, datownikiem na godzinie 3 oraz bardzo ładnymi, przypominającymi grot strzały markerami pozostałych godzin. Wszystkie te zabiegi stylistyczne sprawiają, że zegarek ten wygląda bardzo podobnie do starego zegarka mojego dziadka, jest jednak od niego trochę większy. Jego wielkość, to w sumie jedyny minus jaki dostrzegam. 40,5 mm średnicy koperty bez koronki (9-3), to dla mnie, średniej budowy faceta o wzroście poniżej 1,8 m, wciąż trochę za dużo. Zdaję sobie przy tym sprawę, że w dzisiejszych czasach jest to zegarek, który można uznać jako mały, a moja opinia w tym temacie zapewne będzie uchodzić za niszową. Tak czy inaczej, jeśli marka zdecyduje się kiedyś na wypuszczenie tego modelu w wersji "mikro", będę jednym z jego pierwszych nabywców.

Na bardziej szczegółową recenzję samego zegarka jest jeszcze za wcześnie, ale zarówno jakość wykonania jak i użyte materiały sprawiają, że czasomierz prezentuje się solidnie. 



KAMPANIA "MOVING MOMENTS"
 
Motyw przewodni kampanii można interpretować dwojako. Z jednej strony to poruszające i istotne momenty, z drugiej zaś ulotność, ruch oraz nieuchronność ciągłych zmian. Nawet jeśli ta druga opcja może wydać się niektórym z lekka naciągana, do mnie przemawia niezwykle intensywnie.
W moim przypadku "moving moments", to chwile które ocierają się o mnie mimochodem i zaczynają rezonować wraz z upływem czasu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, podobny wpływ może mieć na mnie jakieś pozornie przełomowe zdarzenie, co zapach powietrza, słoneczny poranek czy przypadkowa rozmowa na jakieś błahe tematy. Kto wie, być może te małe rzeczy oddziałują na mnie nawet bardziej. No cóż, lubię banały.


płaszcz - H&M // golf - Uniqlo  // marynarka - Massimo Dutti // spodnie, kaszkiet i torba - Renevue // szalik - Gutteridge // zegarek - ORIENT // poszetka - Poszetka.com // buty - A&A
 

Pomimo tego, że jestem raczej człowiekiem otwartym  i obdarzonym bujną ekspresją, na blogu ani w moich pozostałych kanałach SM nie ukazuję zbyt wiele swojej sfery emocjonalnej. Nie mam też w zwyczaju dzielić się swoimi emocjami, a przynajmniej nie tymi niezwiązanymi ze szmatkami. Możliwe, że jest to spowodowane formatem komunikacji, blog nie przyjmuje tak dobrze wystrzeliwanych przeze mnie z prędkością karabinu maszynowego słów, tworząc z nich eposy nie do przebrnięcia, które finalnie pozostaje mi brutalnie edytować lub po prostu usuwać.

Zapewne naturalniej wyglądałoby to na Youtubie, ale moje pobłażliwe podejście do tematu zarządzania czasem skutecznie utrudnia mi realizację tego punktu z listy rzeczy do zrobienia. W moim przypadku zegarek jest więc bardziej talizmanem ukazującym czas, którego już nie mam lub którego za chwilę będzie mi brakować, niż ten, który jeszcze pozostał. Tego morza możliwości i tak wolę nie dzielić na wymierne kawałki.



Podobną funkcję wydaje się pełnić ten blog, stanowiąc skrzętną dokumentację wszystkiego tego co już za mną. Co ciekawe, nie tylko w sferze szmatek, bo moje codzienne życie było dla tego miejsca tłem, nawet jeśli nie zawsze działo się to w pełni świadomie lub też intencjonalnie. Miejsca, w których byłem, ludzie których poznałem, chodzące po mojej głowie w danym momencie myśli lub też nawet stany ducha, to wszystko zaklęte jest w tych zdjęciach i dużą część z nich jestem w stanie przywołać bez większego wysiłku.

Co być może jeszcze ciekawsze, za powstanie samego bloga  pośrednio odpowiadają zegarki właśnie. W okolicach roku 2011 rozpocząłem pracę dla firmy zajmującej się dystrybucją czasomierzy pewnej szwedzkiej marki. To właśnie poprzez zetknięcie się ze światem szeroko pojętej mody zrozumiałem, że miejsca na ekspresję własnego, kiełkującego wówczas stylu jest jeszcze bardzo dużo, zwłaszcza w obrębie męskiej klasyki. Od samego początku znacznie bardziej zależało mi na inspiracji i zachęcaniu do własnych odzieżowych eksperymentów niż na bezpośredniej edukacji i łopatologicznym nauczaniu. Z racji swojej przekornej natury, tam gdzie tylko było to możliwe stawałem w opozycji do zastanego ładu, zawsze byłem też skory do szukania własnych dróg.



Miałem w tym wszystkim też niewątpliwie dużo szczęścia. Moje pierwsze zestawy, wrzucane jeszcze przed założeniem bloga na specjalną platformę powołaną w tym celu przez Dorotę Wróblewską cieszyły się dużym zainteresowanie, co też miało niemały wpływ na decyzję o założeniu pod koniec 2012 roku tego miejsca. Po kilku miesiącach od jego startu wygrałem organizowany przez pewien znany portal aukcyjny konkurs, którego jurorem był m. in. Michał Kędziora aka Mr Vintage. Dodało mi to jeszcze więcej pewności i wiary w słuszność podjętej decyzji. Wbrew pozorom, z tą pewnością różnie bywało i pomimo tego, że nie miałem nigdy większych problemów w nawiązywaniu kontaków z ludźmi, wobec siebie samego byłem zawsze bardzo krytyczny i wymagający. Ot kolejna ze sprzeczności składających się na obraz mojej osoby.

Od tamtego czasu przeszedłem długą i krętą drogę, a moja estetyka bardzo mocno ewoluowała. Obecnie jest to zachowana w swobodnej konwencji mieszanka prostych i zachowawczych form z wintydżowymi inspiracjami. W dużej mierze wynika to z faktu, że w takiej estetyce jest mi najwygodniej, zwłaszcza że przez styl życia, który prowadzę, wciąż jestem w ruchu.
Pozwala mi ona zachować również jak największą wszechstronność potencjalnych zestawień przy jak najmniejszej ilości różnych składowych. Nie muszę chyba nikogo specjalnie przekonywać do tego, że podczas częstych wyjazdów skompresowana i wszechstronna garderoba to zjawisko nie do przecenienia.


Przez 6 lat tej ciągłej podróży nauczyłem się całej masy rzeczy o sobie samy, część swoich przypadłości udało mi się zrozumieć, a z częścią nawet pogodzić. Nieustępliwość, sumienność i wytrwałość, to pojęcia ze zrozumieniem których wciąż mam pewien problem, ale po 5 latach prowadzenia tego miejsca, zdecydowałem się w końcu założyć własną działalność, a blog oprócz miejsca pozwalającego realizować moją pasję stał się również jednym ze źródeł utrzymania. Oczywiście jak to zwykle w życiu bywa, stało się to przyczynkiem do masy dylematów z kategorii "mieć czy być", mam nadzieję jednak, że do tej pory zazwyczaj udawało mi się wychodzić z nich obronną ręką. Autentyczność i przejrzystość w podejmowanych działaniach zawsze były dla mnie wartością nadrzędną, nigdy nie chciałem też tracić ich dla jakichś chwilowych korzyści. Nie oszukujmy się, takie podejście dostarcza tyle samo zwolenników, co przeciwników, nie jest też drogą najwygodniejszą i najłatwiejszą.

Inna sprawa to fakt, że dzięki takiemu obrotowi sprawy, mogę teraz swobodnie pisać o historii tego miejsca i jednocześnie realizować międzynarodową kampanię promocyjną. I chyba na tym poprzestanę, zostawiając sobie na zakończenie tylko jedno dodatkowe zdanie:

Dziękuję, bez względu na wszystko.



Marki które inspirują - SAMAN AMEL



W cieniu odzieżowych gigantów serwujących nam szybką modę, powstają i rozwijają się marki, które pomimo swoich ograniczonych możliwości i zasobów, mają globalną siłę rażenia i w istotny sposób wpływają na kształtowanie trendów. Niejednokrotnie są to koncepcje bazujące na założeniach stojących w opozycji do fast fashion. Ten cykl będzie poświęcony właśnie im.

W jednym z ostatnich wpisów wspominałem o szwedzkiej marce, która zainspirowała mnie jakiś czas temu do ponownego przyjrzenia się dzianinie i częstszego po nią sięgania. Co prawda, poza jakością wykonania, nie są to jakieś wybitnie innowacyjne i niespotykane produkty, ale sposób w jaki wkomponowane są w prezentowane przez nich zestawienia sprawia, że zapadają w pamięć. Wszystko podane jest w bardzo stonowanych i oszczędnych formach, które sprawnie balansują pomiędzy odzieżą nieformalną, a tą w wydaniu "smart". Z jednej strony dostrzegam w tym nostaligię, z drugiej natomiast surowy, skandynawski minimalizm, lub jak sami twórcy o nim mówią, essentialism. Części z Was może się to wydać mdłe i bez wyrazu, ja jednak wciąż pozostaję pod ich silnym wpływem. 

Twórcy marki, Saman oraz Dag
Saman Amel, bo o nich mowa, to marka za którą stoi dwóch przyjaciół, Saman Amel oraz Dag Granath. Ten pierwszy określa się mianem brand managera, natomiast drugi odpowiada za stronę wizualną i aspekty związane z komunikacją. Marka została powołana do życia w roku 2009 jako szkolny projekt Samana. W początkowej fazie skupiał się na produkcji i sprzedaży ręcznie wykonywanych krawatów i poszetek.  Z czasem, w ofercie pojawiła się dzianina, a następnie reszta garderoby dostępna w usłudze szycia pasowanego (MTM). Warto wspomnieć też, że pomimo tego, że żaden z nich nie tytułuje się mianem krawca, Saman z wykształcenia jest konstruktorem odzieży i technologiem odzieży. Bez wątpienia ma to duży wpływ na kształtowanie marki oraz ostateczny wygląd kolekcji.


Na dobrą sprawę, opis dostępny na ich stornie bardzo trafnie oddaje ducha marki:


Od samego początku marka rozwijała się organicznie, koncentrując się na udoskonaleniu oferowanego produktu. Rzemiosło i koncepcja ręcznie wytwarzanego produktu zawsze była kluczową częścią etosu Atelier Saman Amel. Bez względu na konkretny produkt, ten powolny i ekologiczny proces zawsze będzie kluczowy dla marki, ponieważ umożliwia on kontemplację, dostrajanie i osobistą interakcję. Do pewnego stopnia można argumentować, że Atelier Saman Amel rozwinęła się w reakcji na praktykę fast fashion. Jest to coś, z czego jesteśmy dumni.


Marynarki, spodnie oraz okrycia wierzchnie wykonywane są w dwóch lokalizacjach we Włoszech, tańsza linia Toscana we Florencji, droższa Napoli (szyta ręcznie), natomiast w Neapolu. Także dzianina wykonywana jest na zamówienie w fabryce na półwyspie Apenińskim.  Co ciekawe, bez względu na to czy zdecydujemy się na opcję MTM czy MTO, tj. dzianina na wymiar vs. dzianina w wybranym rozmiarze, w jednej z trzech sylwetek, cena nie ulegnie zmianie. Niestety marne to pocieszenie jeśli weźmiemy pod uwagę, że ceny swetrów i koszulek polo rozpoczynają się od 2200
SEK (ok. 915 zł, pełen cennik usług znajdziecie na ich stronie). Jeśli kogoś jednak stać na takie wydatki, w moim odczuciu jest to znacznie lepsza opcja niż płacenie podobnych kwot za nieporównywalnie gorszy jakościowo produkt opatrzony odpowiednim znacznikiem / logo marki. Tak czy inaczej, ja nie mam takich dylematów i w tym momencie pozostaje mi  śledzić ich poczynania oraz inspirować się do woli, co zresztą i Wam w tym miejscu polecam.

W 2014 roku, jeszcze przed wprowadzeniem dzianiny i usługi szycia pasowanego, Mikołaj z bloga Blue Loafers przeprowadził z Samanem ciekawy wywiad.


Wszystkie użyte we wpisie zdjęcia pochodzą ze strony marki SAMAN AMEL


_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
A tak na marginesie, to pamiętacie jeszcze GADKĘ SZMATKĘ?

Wkrótce wracamy do Was z nowymi podcastami!

Jeśli chcecie być na bieżąco ze wszystkimi nowościami, już teraz dołączcie do naszej grupy:
https://www.facebook.com/groups/GadkaSzmatka/
 

Ponadto możecie tam zadawać pytania i poruszać wszelakie "okołoszmatkowe" tematy.


Tymczasem zapraszamy do przesłuchania naszych ostatnich dyskusji: https://soundcloud.com/gadkaszmatka


Do usłyszenia!