Obsługiwane przez usługę Blogger.

W ciągłym ruchu // ORIENT - Moving Moments


Jakiś czas temu zostałem zaproszony przez markę ORIENT do wzięcia udziału w europejskiej odsłonie ich najnowszej kampanii "MOVING MOMENTS". Co prawda nigdy nie pozowałem na znawcę tematyki zegarkowej czy też posiadacza opasłej ich kolekcji, ale wobec klasycznego wzornictwa łechcącego moje poczucie estetyki ciężko jest mi przejść obojętnie. Na korzyść przemawiał również fakt, że zegarek marki ORIENT chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu.

Wpis zawiera reklamę zegarków marki ORIENT

MARKA ORIENT


ORIENT to japońska marka o ugruntowanej pozycji na świecie. Od 1950 nieprzerwanie produkuje jakościowe zegarki, zarówno męskie jak i damskie, z samodzielnie konstruowanymi mechanizmami. Zresztą, jakość i jej bardzo atrakcyjny stosunek do ceny ma tu decydujące znaczenie. Najtańsze model z mechanizmem automatycznym to koszt niespełna 500 zł. Także kultowa seria Bambino, choć droższa, wciąż nie przyprawia o zawrót głowy (700 - 1000 zł). W połączeniu z atrakcyjnym, hołdującym klasyce wzornictwem, stanowi bardzo ciekawą ofertę na zegarkowym rynku ponad 70 krajów. Jest to też interesująca alternatywa, dla innych, droższych marek. Bardzo podoba mi się takie podejście i konsekwentnie realizowana strategia rozwoju. Obecnie marka skupia się na wzmacnianiu swojej pozycji na rynku europejskim, w tym również w Polsce.


ORIENT CLASSIC BAMBINO SMALL SECONDS

To jeden z najmłodszych członków rodziny Bambino. Zegarek wyposażony jest w mechanizm z automatycznym naciągiem zapewniającym czasomierzowi do 40 godzin ciągłej pracy. Model Small Seconds charakteryzuje się sekundnikiem przeniesionym na mniejszą tarczę, arabskimi cyframi w pozycjach 3, 6, 9, 12, datownikiem na godzinie 3 oraz bardzo ładnymi, przypominającymi grot strzały markerami pozostałych godzin. Wszystkie te zabiegi stylistyczne sprawiają, że zegarek ten wygląda bardzo podobnie do starego zegarka mojego dziadka, jest jednak od niego trochę większy. Jego wielkość, to w sumie jedyny minus jaki dostrzegam. 40,5 mm średnicy koperty bez koronki (9-3), to dla mnie, średniej budowy faceta o wzroście poniżej 1,8 m, wciąż trochę za dużo. Zdaję sobie przy tym sprawę, że w dzisiejszych czasach jest to zegarek, który można uznać jako mały, a moja opinia w tym temacie zapewne będzie uchodzić za niszową. Tak czy inaczej, jeśli marka zdecyduje się kiedyś na wypuszczenie tego modelu w wersji "mikro", będę jednym z jego pierwszych nabywców.

Na bardziej szczegółową recenzję samego zegarka jest jeszcze za wcześnie, ale zarówno jakość wykonania jak i użyte materiały sprawiają, że czasomierz prezentuje się solidnie. 



KAMPANIA "MOVING MOMENTS"
 
Motyw przewodni kampanii można interpretować dwojako. Z jednej strony to poruszające i istotne momenty, z drugiej zaś ulotność, ruch oraz nieuchronność ciągłych zmian. Nawet jeśli ta druga opcja może wydać się niektórym z lekka naciągana, do mnie przemawia niezwykle intensywnie.
W moim przypadku "moving moments", to chwile które ocierają się o mnie mimochodem i zaczynają rezonować wraz z upływem czasu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, podobny wpływ może mieć na mnie jakieś pozornie przełomowe zdarzenie, co zapach powietrza, słoneczny poranek czy przypadkowa rozmowa na jakieś błahe tematy. Kto wie, być może te małe rzeczy oddziałują na mnie nawet bardziej. No cóż, lubię banały.


płaszcz - H&M // golf - Uniqlo  // marynarka - Massimo Dutti // spodnie, kaszkiet i torba - Renevue // szalik - Gutteridge // zegarek - ORIENT // poszetka - Poszetka.com // buty - A&A
 

Pomimo tego, że jestem raczej człowiekiem otwartym  i obdarzonym bujną ekspresją, na blogu ani w moich pozostałych kanałach SM nie ukazuję zbyt wiele swojej sfery emocjonalnej. Nie mam też w zwyczaju dzielić się swoimi emocjami, a przynajmniej nie tymi niezwiązanymi ze szmatkami. Możliwe, że jest to spowodowane formatem komunikacji, blog nie przyjmuje tak dobrze wystrzeliwanych przeze mnie z prędkością karabinu maszynowego słów, tworząc z nich eposy nie do przebrnięcia, które finalnie pozostaje mi brutalnie edytować lub po prostu usuwać.

Zapewne naturalniej wyglądałoby to na Youtubie, ale moje pobłażliwe podejście do tematu zarządzania czasem skutecznie utrudnia mi realizację tego punktu z listy rzeczy do zrobienia. W moim przypadku zegarek jest więc bardziej talizmanem ukazującym czas, którego już nie mam lub którego za chwilę będzie mi brakować, niż ten, który jeszcze pozostał. Tego morza możliwości i tak wolę nie dzielić na wymierne kawałki.



Podobną funkcję wydaje się pełnić ten blog, stanowiąc skrzętną dokumentację wszystkiego tego co już za mną. Co ciekawe, nie tylko w sferze szmatek, bo moje codzienne życie było dla tego miejsca tłem, nawet jeśli nie zawsze działo się to w pełni świadomie lub też intencjonalnie. Miejsca, w których byłem, ludzie których poznałem, chodzące po mojej głowie w danym momencie myśli lub też nawet stany ducha, to wszystko zaklęte jest w tych zdjęciach i dużą część z nich jestem w stanie przywołać bez większego wysiłku.

Co być może jeszcze ciekawsze, za powstanie samego bloga  pośrednio odpowiadają zegarki właśnie. W okolicach roku 2011 rozpocząłem pracę dla firmy zajmującej się dystrybucją czasomierzy pewnej szwedzkiej marki. To właśnie poprzez zetknięcie się ze światem szeroko pojętej mody zrozumiałem, że miejsca na ekspresję własnego, kiełkującego wówczas stylu jest jeszcze bardzo dużo, zwłaszcza w obrębie męskiej klasyki. Od samego początku znacznie bardziej zależało mi na inspiracji i zachęcaniu do własnych odzieżowych eksperymentów niż na bezpośredniej edukacji i łopatologicznym nauczaniu. Z racji swojej przekornej natury, tam gdzie tylko było to możliwe stawałem w opozycji do zastanego ładu, zawsze byłem też skory do szukania własnych dróg.



Miałem w tym wszystkim też niewątpliwie dużo szczęścia. Moje pierwsze zestawy, wrzucane jeszcze przed założeniem bloga na specjalną platformę powołaną w tym celu przez Dorotę Wróblewską cieszyły się dużym zainteresowanie, co też miało niemały wpływ na decyzję o założeniu pod koniec 2012 roku tego miejsca. Po kilku miesiącach od jego startu wygrałem organizowany przez pewien znany portal aukcyjny konkurs, którego jurorem był m. in. Michał Kędziora aka Mr Vintage. Dodało mi to jeszcze więcej pewności i wiary w słuszność podjętej decyzji. Wbrew pozorom, z tą pewnością różnie bywało i pomimo tego, że nie miałem nigdy większych problemów w nawiązywaniu kontaków z ludźmi, wobec siebie samego byłem zawsze bardzo krytyczny i wymagający. Ot kolejna ze sprzeczności składających się na obraz mojej osoby.

Od tamtego czasu przeszedłem długą i krętą drogę, a moja estetyka bardzo mocno ewoluowała. Obecnie jest to zachowana w swobodnej konwencji mieszanka prostych i zachowawczych form z wintydżowymi inspiracjami. W dużej mierze wynika to z faktu, że w takiej estetyce jest mi najwygodniej, zwłaszcza że przez styl życia, który prowadzę, wciąż jestem w ruchu.
Pozwala mi ona zachować również jak największą wszechstronność potencjalnych zestawień przy jak najmniejszej ilości różnych składowych. Nie muszę chyba nikogo specjalnie przekonywać do tego, że podczas częstych wyjazdów skompresowana i wszechstronna garderoba to zjawisko nie do przecenienia.


Przez 6 lat tej ciągłej podróży nauczyłem się całej masy rzeczy o sobie samy, część swoich przypadłości udało mi się zrozumieć, a z częścią nawet pogodzić. Nieustępliwość, sumienność i wytrwałość, to pojęcia ze zrozumieniem których wciąż mam pewien problem, ale po 5 latach prowadzenia tego miejsca, zdecydowałem się w końcu założyć własną działalność, a blog oprócz miejsca pozwalającego realizować moją pasję stał się również jednym ze źródeł utrzymania. Oczywiście jak to zwykle w życiu bywa, stało się to przyczynkiem do masy dylematów z kategorii "mieć czy być", mam nadzieję jednak, że do tej pory zazwyczaj udawało mi się wychodzić z nich obronną ręką. Autentyczność i przejrzystość w podejmowanych działaniach zawsze były dla mnie wartością nadrzędną, nigdy nie chciałem też tracić ich dla jakichś chwilowych korzyści. Nie oszukujmy się, takie podejście dostarcza tyle samo zwolenników, co przeciwników, nie jest też drogą najwygodniejszą i najłatwiejszą.

Inna sprawa to fakt, że dzięki takiemu obrotowi sprawy, mogę teraz swobodnie pisać o historii tego miejsca i jednocześnie realizować międzynarodową kampanię promocyjną. I chyba na tym poprzestanę, zostawiając sobie na zakończenie tylko jedno dodatkowe zdanie:

Dziękuję, bez względu na wszystko.



Marki które inspirują - SAMAN AMEL



W cieniu odzieżowych gigantów serwujących nam szybką modę, powstają i rozwijają się marki, które pomimo swoich ograniczonych możliwości i zasobów, mają globalną siłę rażenia i w istotny sposób wpływają na kształtowanie trendów. Niejednokrotnie są to koncepcje bazujące na założeniach stojących w opozycji do fast fashion. Ten cykl będzie poświęcony właśnie im.

W jednym z ostatnich wpisów wspominałem o szwedzkiej marce, która zainspirowała mnie jakiś czas temu do ponownego przyjrzenia się dzianinie i częstszego po nią sięgania. Co prawda, poza jakością wykonania, nie są to jakieś wybitnie innowacyjne i niespotykane produkty, ale sposób w jaki wkomponowane są w prezentowane przez nich zestawienia sprawia, że zapadają w pamięć. Wszystko podane jest w bardzo stonowanych i oszczędnych formach, które sprawnie balansują pomiędzy odzieżą nieformalną, a tą w wydaniu "smart". Z jednej strony dostrzegam w tym nostaligię, z drugiej natomiast surowy, skandynawski minimalizm, lub jak sami twórcy o nim mówią, essentialism. Części z Was może się to wydać mdłe i bez wyrazu, ja jednak wciąż pozostaję pod ich silnym wpływem. 

Twórcy marki, Saman oraz Dag
Saman Amel, bo o nich mowa, to marka za którą stoi dwóch przyjaciół, Saman Amel oraz Dag Granath. Ten pierwszy określa się mianem brand managera, natomiast drugi odpowiada za stronę wizualną i aspekty związane z komunikacją. Marka została powołana do życia w roku 2009 jako szkolny projekt Samana. W początkowej fazie skupiał się na produkcji i sprzedaży ręcznie wykonywanych krawatów i poszetek.  Z czasem, w ofercie pojawiła się dzianina, a następnie reszta garderoby dostępna w usłudze szycia pasowanego (MTM). Warto wspomnieć też, że pomimo tego, że żaden z nich nie tytułuje się mianem krawca, Saman z wykształcenia jest konstruktorem odzieży i technologiem odzieży. Bez wątpienia ma to duży wpływ na kształtowanie marki oraz ostateczny wygląd kolekcji.


Na dobrą sprawę, opis dostępny na ich stornie bardzo trafnie oddaje ducha marki:


Od samego początku marka rozwijała się organicznie, koncentrując się na udoskonaleniu oferowanego produktu. Rzemiosło i koncepcja ręcznie wytwarzanego produktu zawsze była kluczową częścią etosu Atelier Saman Amel. Bez względu na konkretny produkt, ten powolny i ekologiczny proces zawsze będzie kluczowy dla marki, ponieważ umożliwia on kontemplację, dostrajanie i osobistą interakcję. Do pewnego stopnia można argumentować, że Atelier Saman Amel rozwinęła się w reakcji na praktykę fast fashion. Jest to coś, z czego jesteśmy dumni.


Marynarki, spodnie oraz okrycia wierzchnie wykonywane są w dwóch lokalizacjach we Włoszech, tańsza linia Toscana we Florencji, droższa Napoli (szyta ręcznie), natomiast w Neapolu. Także dzianina wykonywana jest na zamówienie w fabryce na półwyspie Apenińskim.  Co ciekawe, bez względu na to czy zdecydujemy się na opcję MTM czy MTO, tj. dzianina na wymiar vs. dzianina w wybranym rozmiarze, w jednej z trzech sylwetek, cena nie ulegnie zmianie. Niestety marne to pocieszenie jeśli weźmiemy pod uwagę, że ceny swetrów i koszulek polo rozpoczynają się od 2200
SEK (ok. 915 zł, pełen cennik usług znajdziecie na ich stronie). Jeśli kogoś jednak stać na takie wydatki, w moim odczuciu jest to znacznie lepsza opcja niż płacenie podobnych kwot za nieporównywalnie gorszy jakościowo produkt opatrzony odpowiednim znacznikiem / logo marki. Tak czy inaczej, ja nie mam takich dylematów i w tym momencie pozostaje mi  śledzić ich poczynania oraz inspirować się do woli, co zresztą i Wam w tym miejscu polecam.

W 2014 roku, jeszcze przed wprowadzeniem dzianiny i usługi szycia pasowanego, Mikołaj z bloga Blue Loafers przeprowadził z Samanem ciekawy wywiad.


Wszystkie użyte we wpisie zdjęcia pochodzą ze strony marki SAMAN AMEL


_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
A tak na marginesie, to pamiętacie jeszcze GADKĘ SZMATKĘ?

Wkrótce wracamy do Was z nowymi podcastami!

Jeśli chcecie być na bieżąco ze wszystkimi nowościami, już teraz dołączcie do naszej grupy:
https://www.facebook.com/groups/GadkaSzmatka/
 

Ponadto możecie tam zadawać pytania i poruszać wszelakie "okołoszmatkowe" tematy.


Tymczasem zapraszamy do przesłuchania naszych ostatnich dyskusji: https://soundcloud.com/gadkaszmatka


Do usłyszenia!
 

Minimalizm czy vintage?


Od dłuższego czasu jestem pod wpływem dwóch nie do końca zazębiających się ze sobą nurtów w klasycznej modzie męskiej. Mam tu na myśli minimalizm, cechujący się prostymi, klasycznymi formami i neutralną kolorystyką oraz wintydż inspirowany odzieżą roboczą oraz zapożyczeniami z militarnych uniformów. Dzisiejszy zestaw stanowi jedną z prób znalezienia ich punktu styku.

W związku z tym, z jednej strony mamy tu prostą formę składającą się z czterech uzupełniających się, aczkolwiek bardzo ograniczonych kolorystycznie elementów, z drugiej natomiast mocne wpływy estetyką "retro". I tak, jest tu skórzana kurtka inspirowana pilotką A2 / G1, jest dzianinowa koszula polo, są również wintydżowe dżinsy oraz tenisówki. W sumie to buty zostały zaprojektowane i wypuszczone na rynek w 1968 roku jako obuwie do gry w koszykówkę, ale nazwa zwyczajowa zrobiła swoje. Prawdę powiedziawszy, to buty te stanowią przyczynek do moich wewnętrznych rozterek. Kupiłem je jakiś czas temu w pewnym sklepie z przecenionymi końcówkami kolekcji udającym lumpeks. Cena była więc dość okazyjna, zwłaszcza jak na buty wykonane ze skóry, leżały też całkiem dobrze na moich koślawych, słowiańskich stopach. Niestety, jakość użytych materiałów sprawia, że nieusztywnione czubki szybko się defasonują. A szkoda, bo był / jest w nich estetyczny potencjał.
Nie do końca zadowolony jestem również z tego jak wyglądają na zdjęciach spodnie, a dokładniej, niebyt estetyczne i zbyt masywne podwinięcie nogawek. Co prawda już raz przy nich majstrowałem, ale najwidoczniej muszę upodobnić je jeszcze bardziej na modłę tych noszonych przez Alessandro Squarzi.



kurtka pilotka - Zara // koszulka polo - H&M Premium  // okulary - TBD eyewear // spodnie -  H.I.S. via Renevue // pasek - bez metki via Renevue // tenisówki - Puma


photo by PATINESS



A tak na marginesie, to pamiętacie jeszcze GADKĘ SZMATKĘ?

Wkrótce wracamy do Was z nowymi podcastami!

Jeśli chcecie być na bieżąco ze wszystkimi nowościami, już teraz dołączcie do naszej grupy:
https://www.facebook.com/groups/GadkaSzmatka/
 
Ponadto możecie tam zadawać pytania i poruszać wszelakie "okołoszmatkowe" tematy.

Tymczasem zapraszamy do przesłuchania naszych ostatnich dyskusji: https://soundcloud.com/gadkaszmatka


Do usłyszenia!

Zestaw codzienny i uniwersalny


Po serii mniej i bardziej nietypowych zestawień, dziś wracam do Was z zestawem, który może bez problemu stanowić jedną z podstaw uniwersalnej, nieformalnej garderoby. Jest przy tam tak prosty, że aż trudno napisać na jego temat cokolwiek błyskotliwego.

ZESTAW

Kurtka wojskowa, to egzemplarz, który kupiłem jakiś czas temu bez większego namysłu, skuszony jej atrakcyjną, wyprzedażową ceną. Przez kilka miesięcy od momentu zakupu łapała kurz na wieszaku, następnie postanowiłem ją sprzedać, a że bezskutecznie, finalnie zagościła w mojej garderobie. Teraz chyba nawet zaczynam ją lubić. 

Wykonana z jasnoszarego royal oksfordu koszula z kołnierzykiem long button down, to realizacja mojego pierwszego zamówienia uszytego przez polski internetowy MTM, tj. Henderson Shirts. W osobnym wpisie postaram się o jakąś w miarę sensowną recenzję oraz opis samego procesu realizacji. Wstępnie, po kilku miesiącach umiarkowanego użytkowania, mogę jednak stwierdzić, że jestem z niej zadowolony.

Dżinsowe spodnie, to zaś kolejny nabytek w ramach mojego małego projektu (Renevue).


Bawełniany sweter z domieszką kaszmiru, to doskonały przykład "wyjścia do sklepu po bułki". Z tą różnicą, że zamiast wyjścia, było wejście do sklepu online (Peek & Cloppenburg), a zamiast bułek, czarna, skórzana ramoneska (która niestety finalnie okazała się za duża). Do tej pory brakowało w mojej garderobie swetrów z dekoltem w kształcie litery V (v-neck), które mógłbym nosić na koszule. W sezonie jesienno-zimowym decydowałem się zazwyczaj na bardzo praktyczne golfy oraz sporadycznie swetry z okrągłym dekoltem (round neck). Potrzebę nabycia v-necka w odcieniu beżu spotęgowały jeszcze piękne, oszczędne w formie zestawienia prezentowane przez szwedzkie Atelier Saman Aman. Mój dzisiejszy zestaw co prawda nijak ma się do tych inspiracji, ale z założenia miał być właśnie taki. Tj. prosty i codzienny, a przy tym praktyczny, komfortowy i do bólu uniwersalny. Doskonale zdaję sobie sprawę, że moje ostatnie kompozycje mogły nie spełniać wszystkich tych postulatów, dlatego tym razem, puszczam w stronę wszystkich niepocieszonych moje zestawowe oko.


kurtka wojskowa - Bershka / koszula - Henderson  // sweter - Esprit via Peek & Cloppenburg // spodnie -  bez metki via Renevue // trzewiki chukka - Bexley

photo by PATINESS

A tak na marginesie, to pamiętacie jeszcze GADKĘ SZMATKĘ?

Wkrótce wracamy do Was z nowymi podcastami!

Jeśli chcecie być na bieżąco ze wszystkimi nowościami, już teraz dołączcie do naszej grupy:
https://www.facebook.com/groups/GadkaSzmatka/
 
Ponadto możecie tam zadawać pytania i poruszać wszelakie "okołoszmatkowe" tematy.

Tymczasem zapraszamy do przesłuchania naszych ostatnich dyskusji: https://soundcloud.com/gadkaszmatka

Do usłyszenia!

Najciekawsze październikowe nabytki


Aż ciśnie się na usta, aby dzisiejszy post rozpocząć słowami "Kiedy pytają mnie...". No cóż, faktycznie zdarza się Wam pytać gdzie kupiłem poszczególne rzeczy. Często jest też tak, że na blogu pojawiają się one dopiero po dłuższym czasie od momentu zakupu, a co za tym idzie, nie są już dostępne. Mając to na uwadze, postanowiłem rozpocząć cykl podsumowujący moje najciekawsze nabytki z ostatniego miesiąca. Nie przeszkadza mi w tym nawet fakt, że zapewne duża część z nich i tak będzie trudno dostępna lub też nawet występować będzie w pojedynczych egzemplarzach. 


KOSZULKA POLO
Większą część października spędziłem w Hiszpanii (#zagranico) i właśnie tam, podczas rutynowej inspekcji asortymentu lokalnych centrów handlowych, w moje ręce wpadła koszulka polo z długim rękawem i przedłużoną listwą. Taka hybryda polówki z popoverem. Co prawda jeszcze do niedawna miałem problem z zielenią w mojej garderobie, od roku jednak eksperymentuję z nią nieśmiało i zaczynam widzieć dla niej coraz więcej ciekawych rozwiązań. Zestaw z koszulką znajdziecie TUTAJ, a samą koszulkę zaś TU (prawdopodobnie realizują wysyłki do Polski, możemy więc zebrać jakieś większe zamówienie, sam chętnie kupię jeszcze jedną, w błękitnym odcieniu).


BUTY
Także z Hiszpanii pochodzą buty. Split toe derby z groszkowanej skóry. Od dawna takie chciałem no i teraz już mam. Co prawda początkowo obstawałem przy ciemnobrązowym zamszu, jednak groszkowana, nieco jaśniejsza wersja, skradła moją odpowiadającą za walory estetyczne część serca. Pomimo koślawych stóp kopyto wciąż wydaje się być zgrabne, a przez to zupełnie już nie przeszkadza mi nawet fakt, że jest to groszkowana skóra w wersji korygowanej, a "split toe" ogranicza się jedynie do podwójnego przeszycia noska. Umówmy się, są wyjątkowo ładne i śmiało mogą konkurować zarówno jakością wykonania jak i dynamiką samego kopyta ze znacznie droższymi modelami. Co prawda obecnie nie są specjalnie łatwo dostępne poza Hiszpanią, ale być może w niedalekiej przyszłości uda się coś w tej materii zmienić. 


ZEGAREK
Kolejnym ciekawym nabytkiem jest automatyczny zegarek marki ORIENT. Przyznaję bez bicia, do tej pory nie byłem jakoś specjalnie dobrze wyedukowanym koneserem zegarków, nigdy nie przywiązywałem też do nich wielkiej wagi. Najlepszym moim czasomierzem był zaś otrzymany od dziadka, stary, radziecki Wostok. Przez swoją ogromną wartość sentymentalną raczej nie prędko spadnie z piedestału, jednak bez renowacji (do której nie specjalnie mi się spieszy) średnio nadaje się do garniturowo-marynarkowych zestawień. Natomiast ORIENT wydaje się być jego dobrym uzupełnieniem, a przy tym również sensownym wprowadzeniem do zegarkowego świata. Więcej o nim jak i samej marce pojawi się zresztą na blogu wkrótce w osobnym wpisie.


TORBA
Na sam koniec zaś torba. Wykonana z szarego, bawełnianego płótna ze skórzanymi wykończeniami. Męskie "tote bag" zyskują na popularności od kilku lat, jednak znalezienie ciekawego modelu na rodzimym rynku nie jest zadaniem łatwym. Ten konkretny egzemplarz pochodzi zaś z tak zwanej "drugiej ręki". Ponadto doskonale wpisuje się w koncepcję i filozofię marki - inicjatywy, nad którą pracuję już od dłuższego czasu. Jeśli już teraz chcecie być na bieżąco, zapraszam TU (grupa na FB) i TU (Instagram).