Obsługiwane przez usługę Blogger.

Niezapięty guzik


Dzisiejszy post miał być odskocznią od uprawianej przeze mnie ostatnio pisaniny i obfitować jedynie w warstwę wizualną. Przy okazji przeglądania zdjęć okazało się jednak, że stanowi bardzo dobry pretekst do małych rozważań. Wychodzi zatem na to, że znów będę się wymądrzał.

Często podkreślam na łamach tego bloga, że lepsze (doskonałe) jest wrogiem dobrego. Co dość zabawne, nie przeszkadza mi to w żadnej mierze, w codziennym życiu wpadać co chwilę w pułapkę dążenia do perfekcji. Niejednokrotnie brnę w ślepy zaułek nie zważając na sygnały ostrzegawcze, co w konsekwencji prowadzi do przeróżnych stresogennych sytuacji. Na całe szczęście, w sferze ubioru udało mi się wypracować pewien mechanizm obronny, lub też bardziej precyzyjnie, pewną dozę odzieżowej ignorancji, która skutecznie powstrzymuje mnie przed popadnięciem w szaleństwo. 

Po osiągnięciu minimum wiedzy odnośnie ubioru i zrozumieniu na czym opierają się podstawowe, kierujące nim, zasady, zdałem sobie sprawę na co warto zwracać uwagę, a co można sobie darować. Nie chcę w tym miejscu brzmieć jak odzieżowy budda lub przewodnik duchowy garażowej sekty, warto jednak odnotować, że wszystkie te zasady są po to, by pomóc odnaleźć Ci drogę do własnego stylu, a nie aby Cię od tej drogi odciągnąć, albo co jeszcze gorsze, zrobić z Ciebie (czy też ze mnie) ich strażnika i członka "odzieżowej inkwizycji". W końcu, wraz z upływem czasu oraz nabytą ogładą, coraz mnie uwagi zwracasz na to co wypada i w jakiej konfiguracji, a coraz więcej na to co Ty sam o tym myślisz. Pewne rzeczy zaczynasz robić intuicyjnie, inne przestają mięć w ogóle znaczenie. Nie chodzi nawet o to, że zasady są po to aby je łamać, a raczej by korzystać z nich z zachowaniem rozsądku i pozwalać sobie przy tym na trochę dystansu. Nawet za cenę pewnych niedociągnięć.


Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ właśnie taki jest dzisiejszy zestaw. Z jednej strony wydaje się być dopracowany pod kątem faktur i kolorów, ale jednocześnie kompletnie nie jest zapięty na ostatni guzik, nawet pomimo krawata. Nie tylko wprawne oko zauważy bez problemu, że poszetka w brustaszy przypomina znicz olimpijski, węzeł krawata opadł nieco wraz z kołnierzykiem, a marynarka jest pognieciona i w sumie to część zdjęć sugeruje, że mogłaby być lepiej dopasowana, mieć krótsze rękawy i ładniej układające się klapy. Przez taki stan rzeczy, każdy z tych elementów nie prezentuje się tak dobrze jak na to zasługuje. Czy ma to jednak dla mnie istotne znaczenie? Otóż nie, nie ma, bo o ile siła tkwi w detalach, to odzież jest przede wszystkim po to by ją nosić. W związku z tym, takie "niedoskonałości" są nieuniknione i nie świadczą o braku obeznania, a raczej o swobodzie noszącego. I nie, nie jest to nic odkrywczego, ale chyba łatwo jest nam o tym zapominać w trakcie codziennych odzieżowych zbrojeń. Na wszelki wypadek więc zostawię tu jeszcze taki mały cytat:

Mężczyzna powinien wyglądać tak, jakby kupował ubrania z najwyższą starannością, założył je z dbałością na siebie i zapomniał o nich" - Hardy Amies




ZESTAW

Wełniano - jedwabną poszetkę oraz wykonany z szantungu krawat otrzymałem od marki Poszetka.com, koszula, to piękna flanela Albini od marki Miler Menswear* (prezentowałem ją już w poście odnośnie Phoenixa MTM), spodnie z kolei to najjaśniejsza flanela VBC z aktualnej kolekcji Benevento* (także i je otrzymałem). Buty, to prezentowane już niejednokrotnie, zamszowe, podwójne monki Shoepassion, natomiast wykonana z wełnianej flaneli Comero kamizelka i bawełniana, sportowa marynarka, to kolejno marki Mango Man i S.Oliver. Skórzane, bordowe rękawiczki znalazłem zaś na wyprzedażowym regale w H&M. Całość w typowym już dla mnie, stonowanym i opartym na braku mocnych kontrastów, zestawieniu.
_______________
* linki afiliacyjne


foto / photo Patiness

Brak komentarzy